Kryzys w Kaczogrodzie, czyli o tym, jak nie rozumiem ekonomii.
Kiedyś, dość już dawno, czytałem komiks o wujku Kaczora Donalda, który zgromadził w swoim skarbcu cały bilon (całkiem cały). Jako sknera nie wydawał tych pieniędzy, tylko w nich pływał, a reszta mieszkańców cierpiała biedę. Zaradny burmistrz postanowił rozwiązać problem tak, by najbogatszy obywatel nie był pokrzywdzony. Wydrukował zatem ogromny banknot opiewający na sumę całych środków w skarbcu. Wręczył go bogaczowi, a ciężarówki wywiozły tymczasem pieniądze, które natychmiast znalazły się w obiegu. I tu zaczyna się cała dramatyczna historia. Otóż wujek Sknerus wsadził sobie banknot do portfela i poszedł do piekarni po bułki. Tam jednak nie mogli mu wydać reszty. Łaził więc po mieście i powoli przekonywał się, że jego banknot nie ma żadnej siły nabywczej. Nominalnie wart tyle, co cała reszta pieniędzy we wszystkich portfelach, jednak mógł go sobie oprawić w ramkę i powiesić nad łóżkiem. I niewiele więcej. Z historyjką tą w pewnym stopniu wiążą się moje ekonomiczne wątpliwości, o których niedługo powiem.
Agenci, czy idioci?
Przymierzałem się już wczoraj do pisania. Miało być o gazie i o tym, że rządzą nami ruscy agenci lub... no głupki po prostu! Mianowicie premier opowiadał na konferencji prasowej, iż długoterminowa umowa z Rosją ma zapewnić nam bezpieczeństwo energetyczne. Wątpię oczywiście, żeby sam w to wierzył - jest jasne, że niezależnie od wszystkich umów Rosja nie zawaha się zakręcić nam kurka, kiedy będzie trzeba, tak jak nie obawiała się zakręcić kilka lat temu Ukrainie. Miało być też wczoraj o tym, że wiele osób jest istotnie przekonanych, iż jakość prowadzonej polityki zagranicznej można wyrazić funkcją częstotliwości poklepywań po plecach. Taki na przykład Staś napisał: (17 maja 2010, 23:54:12)
poza tym gazociąg gazociągiem, weż np stosunki polsko rosyjskie, ktore moim zdaniem sie poprawiają, i to nie tylko przez ten smolensk ale generalnie tusk ma chyba lepsze stosunki z ruskimi niz kaczki mialy
No więc chciałem o tym wczoraj pisać i zacząłem nawet zbierać jakieś dane (Eurostatu) o tym, ile kosztuje gaz w Polsce i dlaczego tylko w Szwecji płaci się więcej, ale jednocześnie cena jest w Niemczech większa niż u nas (tutaj mogę jedynie polecić pdf-a).
Egzotyczna Polska, czyli rowerami wzdłuż wschodniej granicy
W związku z ustawowym sezonem ogórkowym zwanym ciszą wyborczą zrelacjonuję tutaj wycieczkę rowerową, którą odbyłem z dwoma kolegami między 17. a 24. czerwca 2010 roku. Jak zwykle zaczęło się od głupawego rzucenia pomysłu „A może by zrobić rajd po wschodniej Polsce? Tak, od Przemyśla do Wilna!”. Jako że dla nas - mieszkańców Wrocławia - tereny te są w zasadzie nieznane, a słyną z urokliwości, postanowiliśmy wykorzystać część wydłużonych, pomaturalnych wakacji, na zrealizowanie go przynajmniej w części. W planowaniu trasy bardzo pomocne okazały się sugestie twórców projektu Egzotyczna Polska.
Ułuda sprawiedliwej rekrutacji, czyli jak kuratoria lecą sobie w
Jedną z ważnych kwestii w polskiej edukacji jest sprawiedliwość rekrutacji do poszczególnych szkół. Szczególnie w trójszczeblowym systemie edukacji, gdyż, jak prawdopodobnie drodzy czytelnicy wiecie, nasz system edukacji składa się z podstawówki, gimnazjum i liceum. Kiedyś szkoły organizowały konkursy świadectw, robiły własne egzaminy, bądź stosowały dowolne inne kryteria, na przykład „daru dla szkoły”. W ramach sprawiedliwości postanowiono (co chyba nie wzbudza niczyich wątpliwości) zorganizować globalny system liczenia punktów, których ranking będzie miał wpływ na rekrutację. W ten sposób nie można (teoretycznie - w praktyce zdarzają się różne migracje) zostać zakwalifikowanym do szkoły, do której się nie nadaje. Jest w tym ogólnopolskim systemie pewna autonomia - każde województwo ustala własne zasady naliczania punktów rekrutacyjnych. Mają one zapewnić wszystkim równe szanse dostania się do wymarzonego liceum. Wydawałoby się, że system działa, zasady są jasne, elektronicznie generowany ranking przejrzysty... chyba że wpadnie nam do głowy nierozważny pomysł pójścia do liceum w innym województwie.
Wielowieyska ma krótkie nogi
Nie będę tutaj oczywiście wyśmiewał wyglądu dziennnikarki Gazety Wyborczej. Nie przyglądałem jej się za bardzo, a podobne metody polemiki zostawiam innym, którzy mają w tym więcej doświadczenia. Przyznam za to, że oburzył mnie dzisiejszy jej artykuł „Odpowiedzialność Dorna” (tutaj: http://wyborcza.pl/1,75515,7845416,Odpowiedzialnosc_Dorna.html). Dominika Wielowieyska atakuje w nim posła za to, że choć dziś żąda zwolnienia ministra Klicha obarczając go odpowiedzialnością za niską jakość szkolenia pilotów wojskowych, to niechęć Ludwika Dorna do ministra obrony ma głębsze podłoże, bo jeszcze w styczniu „Dorn krytykował Klicha za... przetarg na samoloty dla VIP-ów!”. Autorka mówi nam w ten sposób, że minister rządu Donalda Tuska chciał zakupić samoloty dla VIP-ów, ale Ludwik Dorn torpedował ten projekt. I to Dorn ponosi część winy za to, że prezydent latał szmelcem. W związku z tym nie ma on moralnego prawa do oceniania, kto ponosi jaką winę za katastrofę.